niedziela, 17 lipca 2016

„Uwikłani” - recenzja


Po sukcesie Pięćdziesięciu twarzy Greya książki o tematyce erotycznej, czy też z seksem w tle zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu. (A może po prostu czytelnicy bardziej zaczęli zwracać na nie uwagę?) Jednym z takich „grzybków” jest trylogia Uwikłani autorstwa Laurelin Paige.
Uwikłanych oceniam bardzo pozytywnie. Fabuła jest przemyślana, widać, że autorka miała pomysł na tę historię i od początku do końca wiedziała, o czym chce napisać. Nie jest to tylko kaskada płomiennych scen erotycznych dla przyzwoitości przeplecionych czasem jakimś dialogiem. Serię Laurelin Paige nazwałabym raczej książką obyczajową, czy romansem z bardziej rozbudowanymi scenami erotycznymi.

Autorka zadbała o stałe podtrzymanie uwagi czytelnika. Poza dosyć przewidywalnym głównym wątkiem, romansowym,  mamy do czynienia z licznymi wątkami pobocznymi, którymi książka mocno zaskakuje (na tym polu szczególnie wyróżnia się część druga).
Jeśli jednak ktoś liczy, że w Uwikłanych doszuka się głębokich prawd egzystencjalnych, to muszę ujawnić smutną prawdę – nie znajdziemy ich. Ale czy ktoś wpadłby na taki pomysł? Chyba nie tego oczekujemy od tego gatunku powieściowego? Paige często ucieka się do banalnych cukierkowych chwytów, bo może. Schemat głównego wątku fabuły znamy na pamięć. Seksowny młody milioner Hudson vel Hućson (nie mogłam powstrzymać się przed tym sucharkiem J) Pierce oferuje ładnej, młodej, oczywiście zauroczonej nim, dziewczynie Alaynie Withers związek „na niby” po to, aby łatwiej było mu zerwać niewygodne dla niego zaręczyny. Zaznacza, że nigdy nie będzie łączyło ich nic więcej niż farsa, która mają odegrać no i oczywiście seks. I zgadnijcie, co się między nimi wydarzy! Mhm, no właśnie.

Mimo że, ta zagadka była łatwa do rozszyfrowania bez pomocy Sherlocka Holmesa już po przeczytaniu pierwszej strony książki, gwarantuję, że nie oderwiecie się łatwo od  tej historii. Szybko można rozpracować CO się stanie, ale już trudniej JAK do tego dojdzie. To jest właśnie największą zaletą tej serii i, w moim przekonaniu, sukcesem autorki. Dodajmy jeszcze, że  bohaterów w ich związku czekają liczne perturbacje związane ze skrywanymi przez każdego z nich sekretami z przeszłości. Pojawią się osoby (zwłaszcza jedna), której bardzo zależeć będzie na zniszczeniu relacji, którą, pomimo balastu przykrych doświadczeń sprzed lat, udało im się wypracować. Tak więc, zanim wydarzy się to, czego się domyślacie z pewnością nie będziecie się nudzić.
Kilka informacji technicznych: Na serię Uwikłani składają się trzy książki: Uwikłani Pokusa, Uwikłani Obsesja i Uwikłani Na zawsze. Ostatnia część to świeżynka, która swoja premierę miała 1 lipca.

Kogo zachęciłam? A może już znacie perypetie Alayny i Hudsona? Piszcie J

środa, 6 lipca 2016

Nie masz brwi? Zrób je!

Frida Kahlo
Jestem człowiekiem bez brwi. Są one tak jasne, że wśród moich znajomych krążą różne anegdoty i żarciki na ten temat. Chcąc brwi nieco przyciemnić kilkakrotnie odwiedziłam kosmetyczkę, jednak nie byłam zadowolona z efektów – z dwóch powodów. Po pierwsze wizualnych, czułam się jak Frida Kahlo, po drugie finansowych, nie chciałam co miesiąc wydawać 20 zł, aby czuć się jak Frida Kahlo. Postanowiłam więc wziąć sprawy we własne ręce. Oprócz pęsety i tutoriali RLM z pomocą przyszły mi dwa produkty. Brązowa henna marki Delia (do kupienia w Rossmannie za 2,50) oraz cienie do brwi z Oriflame The One Eyebrow Kit (cena ok. 20 zł).

Henna do brwi DELIA, Rossman 2,50 zł
Hennę kupiłam idąc za radą koleżanki. W tym małym pudełeczku znajdują się dwie saszetki – jedna z henną w proszku, druga z utleniaczem. Osobiście w roli utleniacza preferuje wodę utlenioną, którą odmierzam strzykawką. Na opakowaniu znajduje się instrukcja farbowania brwi, dlatego nie będę tu o tym pisać, bo jest to świetnie wytłumaczone. Ponieważ moje włoski są bardzo rzadkie zaraz po zmyciu henny często widać u mnie zafarbowaną skórę pod nimi. Nie należy się tym przerażać. Aby się tego pozbyć wystarczy przez chwilę energicznie pocierać brew płatkiem kosmetycznym nasączonym mydłem.
Ze względu na ryzyko zafarbowania skóry pod włoskami uważajcie na czarną hennę, ponieważ ona nie ściera się tak szybko, lecz płowieje do bliżej nieokreślonego fioletowo – zielonego koloru... Gdyby nie to, ze mam bardzo wyrozumiałe koleżanki na uczelni, chyba po tym szalonym eksperymencie zrobiłabym sobie wolne ;)


Oriflame The One Eyebrow kit, ok 20 zł
Zamawiając cienie do brwi z Oriflame, nie byłam do końca pewna, czy podjęłam dobrą decyzję, jednak już po pierwszym użyciu tego kosmetyku przekonałam się, że decyzja była świetna. Urocze fioletowe pudełeczko mieści w sobie dwa brązowe cienie – jaśniejszy i ciemniejszy oraz wosk. Z boku znajduje się mała szufladka – niespodzianka (takie małe, a tyle radości ;) ), w której schowane są dwa pędzelki, którymi bardzo wygodnie aplikuje się kosmetyk na brwi. Ja na przednią część brwi nakładam jaśniejszy cień, na dalszą ciemniejszy, a następnie blenduję te dwa cienie i wszystko wykańczam woskiem. Można oczywiście zdecydować się tylko na jeden z kolorów, jednak cień jaśniejszy może na brwiach, zwłaszcza jasnych, odrobinę zbyt rudo. Produkt jest bardzo wydajny.

Znacie, używacie? A może macie inne produkty do brwi warte polecenia? Piszcie ;)

niedziela, 8 maja 2016

Udało się - 7356 gitarzystów obecnych ciałem i Jimi Hendrix obecny duchem


Rekord pobity. W tym roku na rynku we Wrocławiu „Hej Joe” Jimiego Hendrixa zagrało 7356 gitarzystów. Między innymi, powiem nieskromnie, ja. 

Długo zastanawiałam się, jak opisać uczucia, które towarzyszą, kiedy w słoneczne majowe popołudnie stoi się w tłumie ludzi przeróżnych, pochodzących z całej Polski i nie tylko z Polski, mających od kilku do kilkuset lat i grających na gitarach piosenkę jednego z największych gitarzystów wszechczasów. Wzruszenie? Radość? Duma? – chyba wszystko razem. Na koniec wszyscy podnoszą swoje instrumenty, nad sobą widzi się gitarowy las i słyszy, że się udało i że ma się w tym swój udział - fantastyczne przeżycie.
Kiedy wchodziliśmy na teren imprezy przy barierkach stali ochroniarze sprawdzający, czy mamy na rękach bransoletki informujące o tym, że zarejestrowaliśmy się wcześniej jako rekordziści i możemy wziąć udział w wydarzeniu. Na rynku wokół wyznaczonej do bicia rekordu strefy było bardzo tłoczno. Byłyśmy już prawie przy wejściu, gdy nagle usłyszałam za sobą czyjś głos „Wejście tylko dla artystów!”. O co chodzi – pomyślałam– przecież tu jest wejście dla osób bijących rekord. I wtedy dotarło do mnie, że to są właśnie artyści. To znaczy, że ja też jestem artystą, że to jest wejście dla VIP-ów i między innymi przeznaczone jest też dla mnie.

Pierwszego maja stolica Dolnego Śląska stała się także Stolicą Gitary. Duch Hendrixa znowu był z nami. W tym roku Jimi postarał się dla nas o znacznie lepszą pogodę niż poprzednim razem. Po biciu rekordu przenieśliśmy się do Pergoli i Hali Stulecia, gdzie odbywały się koncerty zaproszonych gwiazd. Dżem – klasa sama w sobie – zaprezentował stare dobre utwory. Między innymi „Sen o Victorii”, który grany na żywo sprawia, że zawsze się wzruszam. 

Moim niewątpliwym odkryciem z tego rocznej wrocławskiej majówki jest zespół DragonForce. Jakoś nie zadałam sobie trudu, aby zapoznać się wcześniej z jego twórczością, usłyszawszy „power metal” i „smok” w nazwie pomyślałam -  nie, dzięki -  etap glanów i ćwieków mam dawno za sobą. Okazała się jednak, że bardzo, bardzo się pomyliłam, dlatego chylę czoła przed moją koleżanką,
która koniecznie nie mogła się spóźnić na ich koncert i próbowała namówić resztę naszej ekipy do podziwiania przygotowań technicznych zespołu. Kochana – miałaś rację -  oni są fantastyczni! Zrozumiałam, że moja koleżanka wie, co mówi, gdy tylko zabrzmiały dźwięki pierwszej piosenki. Utwory DragonForce mimo swojego mocnego gitarowego brzmienia są bardzo melodyjne i momentalnie wpadają w ucho, a członkowie zespołu w oko ;).  

autor: Dunvael Photography
źródło: https://www.facebook.com/GitarowyRekord
Ogromne wrażenie zrobił na mnie również występ Within Temtation. Nie jestem zwolenniczką nadmiernej oprawy wizualnej koncertów. Nie lubię, gdy dodatki odwracają uwagę od muzyki, jednak w tym wypadku wszystkie elementy wizualne doskonale współgrały z muzyką, tworząc bardzo efektowną i gustowną całość. Wokalistka, Sharon den Adel otworzyła koncert stojąc na specjalnie przygotowanym podwyższeniu ubrana w zwiewną szatę i fantazyjne nakrycie głowy. Kolejne piosenki śpiewała w pięknej czarnej sukni. Usłyszeć jej przejmujący wysoki głos na żywo – absolutnie bezcenne. Do muzyki świetnie dobrane były światła oraz wyświetlające się na specjalnych ekranach slajdy.
autor: Dunvael Photography
źródło: https://www.facebook.com/GitarowyRekord
Wśród zaproszonych artystów mogliśmy zobaczyć także Guano Apes, Status Quo oraz Scotta Hendersona.

Czy warto brać udział w Gitarowym Rekordzie Guinnessa we Wrocławiu? Warto! Nie trzeba być wirtuozem gitary, aby zagrać w największej gitarowej orkiestrze świata. Wystarczy znajomość podstawowych akordów i chęć przeżycia niesamowitej przygody. Gitarowy Rekord Guinessa odbywa się od 2003 roku w ramach Thanks Jimi Festival co roku 1 maja we Wrocławiu. Udział w nim jest darmowy, a rekordziści mają zniżkę na późniejsze koncerty. Świetna atmosfera, fantastyczna rock and rollowa energia i niezapomniane przeżycia.

Pozdrawiam i mam nadzieję, że do zobaczenia za rok!

A Wy braliście kiedyś udział w tej imprezie? A może planujecie? Piszcie ;)

czwartek, 7 kwietnia 2016

„Mustang” - przedpremierowa recenzja filmu



źródło: http://muranow.gutekfilm.pl/


Niebawem, ósmego kwietnia, na ekranach polskich kin pojawi się film „Mustang” w reżyserii 
Deniz Gamze Ergüven. We wtorek, czwartego kwietnia, w warszawskim kinie Muranów odbył się przedpremierowy pokaz tego filmu, a po nim spotkanie z psycholożką Danutą Golec oraz orientalistką dr Agnieszką Aysen Kaim w ramach Dyskusyjnego Klubu Filmowego „Wysokich Obcasów”.

W filmie „Mustang” pokazana została historia pięciu nastoletnich sióstr. Dziewczynki są sierotami wychowywanymi przez babcie i wuja. Pewnego dnia ich najzupełniej niewinna zabawa w morzu kolegami ze szkoły zostaje zauważona przez jedną z sąsiadek. Kobieta donosi babci o rzekomo niemoralnych zabawach dziewcząt z chłopcami na plaży. Babcia postanawia, że od tego dnia wnuczki nie będą opuszczały domu i pod jej czujnym okiem rozpoczną naukę na przykładne żony i panie domu. Następnie zaczyna aranżować im małżeństwa. Okazuje się jednak, że małżeństwo nie jest wyłącznie „karą” za niesubordynację. Kobieta w ten sposób chce ochronić wnuczki przed wujem, który molestuje dziewczęta.

„Mustang” to film o napięciu między tradycją a nowoczesnością w konserwatywnym społeczeństwie tureckim, o dojrzewaniu i pozycji kobiety we współczesnej Turcji. Życie rodzinne zostało oddane tu z chirurgiczną precyzją. W malowniczej czarnomorskiej scenerii pokazany jest świat opresyjny, pełen agresji, przy czym film jest bardzo subtelny i zmysłowy. Przemoc nie jest pokazana wprost. Reżyserka nie chce podkreślać tematu molestowania, czy przytłoczyć widza nadmiarem brutalnych scen.  Przedstawia społeczeństwo, w którym bardzo mocno rządzi prawo zwyczajowe. Honor rodziny stawiany jest ponad pragnienia i potrzeby jednostki. Psycholog Danuta Golec za Freudem powiedziała, że kultura jest tu źródłem cierpień. Każda z bohaterek filmu przyjęła wobec tych cierpień inną postawę. Od całkowitej uległości i bierności wobec woli rodziny i konieczności wyjścia za mąż, po radykalny bunt i determinację. Pani Danuta Golec zauważa również, że postacie trzech bohaterek można odczytać jako metaforę jednej postaci, która na różnych etapach swojego życia w rozmaity sposób radzi sobie z tym, co ją spotyka.

Dramatem sióstr jest to, że znajdują się pomiędzy dwoma modelami kulturowymi, konserwatywnym postulowanym w domu i bardziej liberalnym, z jakim stykają się wśród rówieśników. W filmie ważnym tematem jest również seksualność dojrzewających dziewczyn. W tym społeczeństwie jest to temat tabu. Nauka na „dobrą żonę” skupia się wyłącznie na sprawach związanych z gotowaniem i prowadzeniem domu. Kwestia cielesności i seksualności jest całkowicie pomijana przez dorosłych, wręcz tłumiona. Babcia symbolizująca starsze pokolenie nie jest jednak w filmie skrytykowana. Nie tylko jej wnuczki, ale ona również jest ofiarą systemu patriarchalnego, czy wymogów tej kultury. Kobieta kocha dziewczynki i chce je ochronić, zrobić dla nich to, co, w miarę swoich możliwości, uważa w tych okolicznościach za najlepsze. Bardzo trudna jest jednoznaczna moralna ocena tej bohaterki. Ma dobre intencje, choć wiemy doskonale, że dobre intencje nie zawsze są wystarczające, by czynić dobrze.

Obraz Denis Gamze Ergüven został doceniony na całym świecie. Otrzymał m.in. nominacje do Oscara z ramienia Francji, czy Europejską Nagrodę Filmową. W Turcji film został skrytykowany jako, jak mówi w rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim dla „WO” reżyserka, „agresywny, obraźliwy i bardzo francuski”.

Osobiście film bardzo mi się podobał. Patrząc na realia patriarchalnej kultury tureckiej prowincji odczuwałam jednocześnie bunt i fascynację tą kulturą. Na seans szłam z nastawieniem, że będzie to film ciekawy, ale przygnębiający i trudny. Jednak jego zmysłowość i subtelność sprawiły, że poruszane tam trudne i bolesne tematy skłaniają do refleksji, ale nie przytłaczają. Serdecznie polecam.

Kto z Was widział już film?
Podzielcie się proszę wrażeniami :)

wtorek, 22 marca 2016

Pierwszy Dzień Wiosny, Dzień Wagarowicza, Dzień Poezji

Wywiad z poetką Esterą Bednarską

Z czym kojarzymy dzień 21 marca? Z pierwszym dniem wiosny! Z dniem wagarowicza! Tak, ale tego dnia jest jeszcze jedno święto – Święto Poezji. Nic tak nie obrzydza literatury pięknej, jak studia filologiczne, dlatego nie planowałam go w żaden sposób świętować. Moje nastawienie zmieniła jednak artystka, poetka, fantastyczna osoba Estera Bednarska, która zorganizowała tego dnia Poetycki Wieczór Debiutantów w częstochowskim Rue de Foch. Było to świetne spotkanie z poezją początkujących poetek Estery
, Moniki Mesyjasz i Agnieszki Młyńczyk. Z poezją nie taka, na temat której napisano już stosy książek i mądrych artykułów. Nie taką, o którą wykładowca pyta „Co jeszcze chciałaby pani na ten temat dodać”. Tylko poezją żywą, prawdziwą, która dotyka życia, a nie hm… no właśnie - nie wiadomo czego. Zapraszam na wywiad (mój dziennikarski debiut) z organizatorką i pomysłodawczynią cudownego spotkania z poezją  - Esterą Bednarską.

Czy łatwo jest zorganizować taką imprezę? Jak się do tego zabrać?
Najważniejszy jest pomysł, motywacja i wiara, że się to zrobi. Czytałam poemat „Pragnienie” (jeden z wierszy Estery – przyp. mój J) i on jest właśnie o tym, żeby widzieć, że cos już się zaczyna, wyobrażać to sobie. To dodaje sił, nawet jeśli ktoś nigdy tego nie robił, daje  pozytywną energię, że rzeczywiście można to zrobić.
Właśnie, w wierszu „Pragnienie” mówisz, że marzenia niezrealizowane, dlatego, że są w nas, już się w połowie się ziścił. Czy to, ten wieczorek, właśnie był jednym z Twoich marzeń, które się ziściło?
Myślę, że tak… Był tam tekst, że dziś się spełnią – gratulacje jeśli nie, to i tak ważne, żeby je mieć. Są gwiazdy, które mają wszystko, mają miliardy i one, wydaje mi się, są nieszczęśliwe, bo one już nie mają, o czym marzyć. Ten wiersz jest o tym, żeby zawsze mieć, o czym marzyć i do czego dążyć. Ta impreza jest tego przykładem.
A do czego teraz dążysz, co zamierzasz dalej?
Oj, tu to jest cała lista po prostu…
Pod względem poezji, tak się ograniczmy.
Pod względem poezji – jest taka pani na drugim roku filozofii (AJD w Częstochowie przyp. mój J), która zaproponowała mi, żeby w jakiś sposób wydać moje wiersze i to rozważam. A drugą rzeczą jest kurs pisania w Warszawie i tam, między innymi, uczy się, jak jeszcze lepiej tworzyć poezję, niż do tej pory.
A co daje Ci poezja, czemu chcesz pisać, czemu piszesz?
To się stworzyło w klasie maturalnej. Jak rysowanie przyszło mi od dziecka i niektóre inne zdolności, tak poezja przyszła dopiero w klasie maturalnej. To był taki impuls, że nagle miałam ochotę opisać coś w rymach. Z czegoś się zwierzyć, ale w sposób bardzie poetycki. Pamiętam taki wiersz Jana Lechonia "Pytasz co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną" i jakoś od niego się zaczęło. To był impuls.
Jakie są twoje nadrzędne idee, które Ci przyświecają, kiedy piszesz, główne tematy. Czy jest coś, co chcesz przede wszystkim propagować w swojej poezji?
Na pewno jakieś przemyślenia filozoficzne. Filozofia jest chyba u mnie w każdym wierszu. Jedna z uczestniczek, Monika, nazwała mnie poeta doctus, czyli poeta nauczyciel. I myślę, że coś między innymi tego rodzaju. Z drugiej strony taką opowieść, która ma jakąś puentę i jest dla mnie nawet pewnego rodzaju terapią. Tak jak ktoś rysuje komiks, pisze powieść, robi coś a la artaterapia, to u mnie jest taka właśnie poetroterapia.
Na zakończenie powiedz coś więcej o osobach, które Cię inspirują. Na początku naszego spotkania wspominałaś o panu Robercie Baranowskim, oprócz tego o pani Barbarze Strzelbickiej. Mówiłaś też o Małgorzacie Natali.
Tych dwóch poetów, których wymieniłaś, to właściwie każdy z nich ma wiersze odważne i z jakimiś przemyśleniami. Miałam też okazję poznać osobiście autorów, więc to tez dało dużo. Natomiast Małgosia… Małgosia jest moją przyjaciółką od czternastu lat. To jest czysta indywidualność - po prostu. Właściwie rozumiemy się bez słów.
Skąd się znacie?
Z podwórka.


Zapraszam serdecznie na fecebookową stronę Estery By Estelle 



czwartek, 3 marca 2016

„Artur Rojek. Inaczej”



Chciałam napisać kilka słów o pomysłach na wiosenną stylizację. Jednak spadł śnieg. Pozostaje mi zatem schować moją nową sukienkę do szafy i poczekać na lepsze czasy, a zająć się czymś, co można robić z herbatką w domu pod kocem. A z herbatką w domu pod kocem można czytać, na przykład książkę pt. „Artur Rojek. Inaczej” Aleksandry Klich.


Książka, o której chciałam opowiedzieć jest wywiadem rzeką z byłym liderem zespołu Myslovitz – Arturem Rojkiem. Rozmowę z muzykiem przeprowadziła dziennikarka Aleksandra Klich – redaktor naczelna „Magazynu Świątecznego” sobotniego dodatku do „Gazety Wyborczej”.

„Artur Rojek. Inaczej” to interesująca i szczera rozmowa. Aleksandra Klich zadaje wiele osobistych pytań związanych z dzieciństwem, rodziną artysty, jego światopoglądem, wyznawanymi wartościami, przekonaniami religijnymi, słabościami. Dziennikarka nie próbuje jednak wchodzić zbyt głęboko w życie osobiste Artura Rojka, a sam muzyk nie zamierza wpuszczać tam czytelnika. Wytworzony tu został pewien dystans, a jednocześnie atmosfera pełnej szczerości. Wywiad przeprowadzony jest z klasą i dobrym smakiem. Z pewnością daleki jest od tabloidowego „wykrwawiania się” celebrytów, czy urządzania publicznych spowiedzi.

Artur Rojek w rozmowie z Aleksandrą Klich mówi dużo o Śląsku. Oprowadza rozmówczynię po
swoich rodzinnych Mysłowicach, mieście, w którym mieszka z rodziną. Szczegółowo powiada o organizowanym przez siebie od 2006 Off Festiwalu i związanymi z nim radościami i kłopotami. Wiele miejsca w książce poświęcone jest dzieciństwu Rojka i jego pierwszej wielkiej pasji – pływaniu. Artysta chętnie, choć, nie wdając się przesadnie w szczegóły,  wypowiada się o swej rodzinie - żonie i dwóch synach.

Jak łatwo się domyślić Aleksandra Klich w rozmowie z byłym członkiem Myslovitz porusza tematy związane z muzyką, zespołami, które inspirowały i inspirują artystę do tworzenia, które go fascynują i które swoimi występami uświetniają OFF Festiwal. Dużo miejsca poświęcone zostało także zespołowi Myslovitz, jego początkom i późniejszej działalności, jednak w tej kwestii czuję pewien niedosyt. Uważam, że rozmów na temat życia zawodowego Artura Rojka jako muzyka zarówno solowego, jak i członka zespołu mogłoby być więcej. W biografiach zespołów, czy artystów często pojawiają się historie genezy i powstania wielu piosenek, różne anegdoty związane z życiem bandu. Dla mnie było tego nieco za mało.


Książkę „Artur Rojek. Inaczej” czyta się bardzo przyjemnie. Wywiad rzekę czytałam po raz pierwszy i niezwykle spodobała mi się taka forma pisania. Rozmowa przeprowadzona była z godnym podziwu profesjonalizmem. Przy każdym pytaniu uwidaczniało się doskonałe przygotowania, inteligencja oraz ogólna wiedza dziennikarki. Odpowiedzi Artura Rojka były interesujące, wyczerpujące i błyskotliwe. Na końcu książki umieszczony jest zbiór kilkunastu zdjęć przedstawiających momenty z życia zarówno prywatnego jak i artystycznego muzyka. „Artur Rojek. Inaczej” to książka warta polecania – więc gorąco polecam! (nie tylko fanom pana Artura) 


A czy Wy czytaliście tę książkę, co o niej sadzicie?

Czy znacie jakieś ciekawe biografie artystów warte polecenia? :)


poniedziałek, 22 lutego 2016

Łatwe sprawy: Dominika 22 lata "Ta książka zmieniła moje życie!" - Red Lipstick Monster tajniki makijażu


Jest kilka książek, bez których nie byłabym tym, kim teraz jestem, które pomogły mi lepiej zrozumieć siebie, skłoniły do refleksji nad otaczającą mnie rzeczywistością… (Maestro! Sentymentalna melodia! --->klik) Jest też taka dzięki której nauczyłam się robić makijaż. Red Lipstick Monster tajniki makijażu to książka, która zmieniła moje życie! (Maestro! Żywiołowa melodia! --> klik)

Pani Ewy Grzelakowskiej-Kostoglu chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Długo jednak nie byłam zbyt częstym gościem na kanale tej Youtuberki, w ogóle nie byłam częstym gościem na kanałach makijażowych. Wydawało mi się, że zabawa z cieniami, bronzerami itd. jest trudna i zajmie mi dużo czasu. Uważałam, iż podkład, puder, korektor (jak się okazało robiłam wszystkie możliwe błędy w jego aplikacji), tusz do rzęs, eyeliner i cień do brwi są w zupełności wystarczające. Bo właściwie można się do nich ograniczyć. Tylko po co, skoro zrobienie ciekawszego makijażu nie jest wcale trudne ani czasochłonne?

Mój mały  warsztat pracy :)
Nie jestem jeszcze mistrzynią w dziedzinie makijażu, ale z czystym sumieniem mogę nazwać siebie pilną i (mam nadzieję) pojętną uczennicą. Dzięki książce Red Lipstick Monster dowiedziałam się od czego zacząć. Brałam ją ze sobą do drogerii i porównywałam zdjęcia pędzli z książki z tymi z drogeryjnych półek. Dzięki radom moich koleżanek udało mi się kupić niedrogie pędzle z których jestem bardzo zadowolona (Rossmann, Hebe, outlety kosmetyczne – nie musimy wydawać fortuny). Gdy zaopatrzyłam się w niezbędne akcesoria, teorię zaczęłam przekuwać w praktykę. Jak się okazało zadanie nie było wcale takie trudne.

Książka Red Lipstick Monster tajniki makijażu napisana jest w bardzo przystępny sposób, co rozwiało moje obawy, że nie poradzę sobie ze skomplikowaną sztuką makijażu. Poczułam się zaintrygowana, zmotywowana i zachęcona do pracy. Poradnik podzielony jest na 10 rozdziałów. W każdym z nich autorka zrozumiale, krok po kroku omawia dane zagadnienie m.in. dobór pędzli, makijaż oczu, konturowanie twarzy, sposoby na utrwalenie makijażu, triki dla okularnic i tak dalej.

Na końcu każdego rozdziału znajduje się spis filmów z kanału Red Lipstick Monster, które dotyczą treści omawianych w danym rozdziale i są świetnym uzupełnieniem tego, o czym mogliśmy przeczytać. W książce zamieszczony jest również bardzo przydatny słowniczek języka makijażowego.

Moim zdaniem Poradnik  Red Lipstick Monster tajniki makijażu Ewy Grzelakowskiej‑Kostoglu, jest niezwykle pomocną lekturą dla osób, które tak jak ja, chcą nauczyć się robić ładny makijaż, a nie mają pojęcia, od czego zacząć. Znajdziecie tam mnóstwo porad, które są świetna podstawą rozległej makijażowej wiedzy. Osoby bardziej zaawansowane również znajdą tam wiele wskazówek i ciekawostek. Gorąco polecam!

Z pewnością wiele z Was zna już ten poradnik, dlatego jestem ciekawa Waszych opinii.


Jakie inne poradniki i kanały makijażowi na YT możecie polecić? :)